blogPostanowiłam, że również opiszę swoje, już dosyć bogate doświadczenia. Po stażu jestem już ładnych parę lat). Pracę zaczynałam z wielkim entuzjazmem (egzamin zdany na ponad 90% ze wszystkich części, państwowa szkoła ukończona z wynikiem 4,9). Pewna zdanego egzaminu, jeszcze podczas wakacji rozpoczęłam pracę jako pomoc, by z dniem 1 września, już znając aptekę, rozpocząć staż…

I tutaj nastąpiło bolesne zderzenie z rzeczywistością. Swój pierwszy dzień na stażu zaczynałam od stania za pierwszym stołem zupełnie sama (!) (kierownik na zapleczu – ekskluzywna apteka w dużym centrum handlowym – reszta pracowników na urlopie, dopiero pod koniec zmiany dołączyła dziewczyna “godzinowa”). Dzień wcześniej jedna z młodych mgr pokazała mi dosłownie w ciągu 5 min jak włącza się program i że są rp. białe i jeszcze wtedy KUM i KUM.P. To było na tyle. Pamiętam, że pierwszy dzień był dla mnie koszmarem, bałam się realizować cokolwiek. Jak czegoś nie wiedziałam to otwierałam książeczkę refundacyjną, a potem jak już się nauczyłam (metodą prób i błędów) BLOZ.  Nie wiem jakim cudem, ale wszystko dobrze wydawałam. Po pierwszym dniu usłyszałam, że inne dziewczyny to płakały jak schodziły ze zmiany, a ja jestem jakaś odporna. Robiłam dobrą minę do złej gry – dla pacjentów miła i uśmiechnięta, chłonęłam wiedzę jak gąbka – przysłuchiwałam się co polecają inni, jak tylko była chwilka czytałam ulotki, jak była dermokonsultantka to prosiłam żeby opowiedziała mi na co są poszczególne kosmetyki. To procentowało. Kiedyś do apteki zadzwoniła “wysoko postawiona” pacjentka, żeby dowiedzieć się kto ją obsługiwał, bo tak świetnie jej doradzono. Okazało się, że to byłam ja. Niestety im lepiej sobie radziłam tym gorzej było dla mnie.  Pracownicy i kierowniczka odgadywali za plecami, np. mój wygląd, ubiór (chociaż niczym szczególnym się nie wyróżniałam). Pani kierownik była apatyczna, pozbawiona życia – bezwolna i niechętna do jakiejkolwiek pomocy, ciągle mówiła, że musi dotrwać, bo już niedługo emerytura (umarła na kilka miesięcy przed emeryturą). Po 3 miesiącach (okres próbny) przedłużono mi umowę na dwa lata, po czym po kolejnych 2 miesiącach dowiedziałam się, że wraca osoba po udarze, która była na moim miejscu (nie poinformowano mnie, że byłam na zastępstwo – miałam normalną umowę o pracę). Pani w ogóle nie nadawała się do pracy ani fizycznie ani psychicznie. Jak wróciła do apteki, to kierowniczka zapytała mnie czy już sobie szukam nowej pracy. Pracę znalazłam szybko. Dzień przed odejściem zapytałam co lubią, bo chciałabym przynieść coś słodkiego. Usłyszałam, że lepiej żebym nic nie przynosiła. Apteka nie tak długo po moim odejściu została zlikwidowana.
Trafiłam do apteki nr 2. Tutaj nie miałam jakiś bardzo złych doświadczeń. Praca była ciężka, bo to tzw. “tania apteka”. Pracownicy byli super (przynajmniej większość). Niestety zachciało mi się studiować, na pokrewnym do farmacji kierunku i tutaj zaczęły się schody – studia były zaocznie, więc co dwa tygodnie w weekendy dojeżdżałam do innego miasta. Nie byłam traktowana jakoś ulgowo i też tego nie chciałam, więc w pozostałe dwa weekendy pracowałam jak wszyscy.  Zawsze dogadywałam się z moją zmienniczką, żeby piątek przed zjazdem mieć na rano i nie było z tym problemu, w co drugi piątek ja miałam na popołudniu. I tutaj mojej kierowniczce się to nie podobało. Potrafiła przestawić mnie wieczorem dzień przed zjazdem na zmianę popołudniową, mimo, że było oprócz mnie jeszcze kilka osób. Zawsze działo się to na tyle późno, że musiałam się stresować i szukać na szybko innego zmiennika (czyt. błagać żeby się ktoś zamienił). Gdy potrzebowałam wolne, bo egzamin wypadł w tygodniu, to nigdy nie chciała mi go dać, bo zawsze wtedy był akurat “kryzys kadrowy”. Po kilku takich incydentach i zwróceniu uwagi na to, że naprawdę potrzebuję, bo mam szkołę, skwitowała krótko, że albo studia albo praca. Wybrałam studia :). A aptekę zmieniłam, bo miałam dość stresu i płakania po kątach. Studia I i II stopnia szczęśliwie i bez większego już stresu skończyłam :). A w międzyczasie trafiłam i jestem nadal w aptece nr 3. Ale to już historia na kolejny wpis, bo czasem nie wierzę w to co tutaj się dzieje i przecieram oczy ze zdumienia.
Kończąc już mój przydługi wywód mogę powiedzieć, że chyba nie warto być dobrym pracownikiem, bo to nie spotyka się z aprobatą ze strony właścicieli (kierownictwa), a jeśli już kierownik jest zadowolony, to jest się zagrożeniem dla współpracowników i to oni często stosują mobbing. Mimo wszystko ja staram się jak najlepiej potrafię, bo najważniejszy jest dla mnie pacjent, który wraca i mówi, że dobrze mu doradziłam, albo czeka, żebym to ja go właśnie obsłużyła. Czasem słyszę od pacjentów czy nie chciałabym wrócić do poprzedniej apteki, bo nie ma im kto teraz doradzić. To jest dla mnie największa nagroda. Liczę na to, że kiedyś jeszcze trafię na swoją “Aptekę Marzeń” (na pewno gdzieś taka istnieje!) i tego też mimo tych wszystkich złych doświadczeń Wam i sobie życzę.